Natalie i prof. Jane dotarły pociągiem
na ulicę Pokątną. Dziewczyna była pod wrażeniem ludzi chodzących po owej ulicy,
małym, uroczym sklepom o dziwnych nazwach i kawiarenkach pełnych zziębniętych
przez londyńską pogodę czarodziei. Na Pokątnej nie było ani jednego mugola,
ponieważ sposób wstępu znali wyłącznie czarodzieje.
- Kochanie, dostałaś od Ministerstwa
Magii dwa tysiące galeonów na utrzymanie się. Pozwoliłam sobie wyjąć trochę z
twojego konta u Gringotta, żebyśmy mogły kupić niezbędne rzeczy. To co, może
zaczniemy od zakupu książek, hmm? - wyrecytowała miłym głosem staruszka.
- Dobrze, proszę pani. - odparła
Natalie.
- W takim razie, idź do księgarni na
przeciwko, Esy - Floresy. Kup wszystkie książki z tej listy. Ja za chwilkę do
ciebie dojdę, muszę tylko załatwić coś w jednym miejscu. - powiedziała kobieta
i wręczyła Natalie karteczkę z listą książek i woreczek pełen brzęczących
monet.
Dziewczyna przyjrzała się dokładnie
kolorowemu szyldowi nad księgarnią i śmiało pchnęła drzwi. Rozległ się cichy
dzwoneczek i uderzyła ją fala przyjemnego ciepła dochodzącego z kominka między
regałami. Księgarnia była dosyć duża, miała kilka pięter. Prawie cała była
wypełniona przeróżnymi regałami. Pośrodku stało małe biureczko, przy którym
siedziała młoda, ładna kobieta i kreśliła coś w małym notatniku. Podniosła
głowę znad kartek i zmierzyła Natalie wzrokiem.
- Dzień dobry, chciałabym kupić te
książki. - powiedziała dziewczyna i podała kobiecie listę.
- W porządku, już szukam. -
odpowiedziała wysokim, zimnym głosem, który wydał się Natalie przesycony
nienawiścią.
Dziewczyna starała się nie przyglądać
sprzedawczyni krążącej między regałami, która co jakiś czas zerkała na nią. W
końcu kobieta zapakowała książki do płóciennej torby i Natalie zapłaciła jej
należną sumę. Wychodząc z księgarni, Natalie czuła na sobie wzrok tajemniczej
kobiety. Przed Esami - Floresami czekała już na nią prof. Jane. Uśmiechała się
pocierając ręce z zimna.
- O, świetnie, że już jesteś. Masz
wszystkie książki? - zapytała.
- Tak, wydaje mi się, że to wszystkie.
- Wspaniale. W takim razie, chodźmy
dalej. - uśmiechnęła się i ruszyła zatłoczoną ulicą w stronę kolejnego sklepu.
Natalie odwiedziła jeszcze kilka
sklepów. Najdłużej zeszło się im kupując szatę, ponieważ Madame Malkin musiała
kilka razy pobrać miarę z dziewczyny. Kiedy kupiły już szatę, udały się do
sklepu z różdżkami pana Olivandera. Natalie była bardzo podekscytowana myślą,
że będzie miała własną różdżkę, co było tak bardzo abstrakcyjne. Weszły do
środka. Kiedy tylko Natalie zamknęła za sobą drzwi, zobaczyła mężczyznę w
średnim wieku, który wyłonił się zza winkla. Był wysoki i szczupły. Miał blond
włosy do ramion. Uśmiechał się.
- Witam! W czym mogę pomóc? - odezwał
się mężczyzna.
- Panie Olivander, szukamy odpowiedniej
różdżki dla tej oto młodej damy. - powiedziała staruszka wskazując na Natalie.
- Ach, to w tej sprawie pisała pani do mnie
list, tak? - zapytał pan Olivander.
- Tak, chodzi o Natalie. Mógłby pan
znaleźć dla niej odpowiednią?
- Oczywiście, nie ma problemu. -
powiedział i zniknął za ścianą.
Prof. Jane uśmiechnęła się do Natalie
pokrzepiająco. Po chwili mężczyzna wrócił, trzymając stosik prostokątnych
pudełek.
- Zacznijmy od tej. - powiedział - Wiąz,
11", lekko giętka, rdzeń włosa wili. - dodał i otworzył pierwsze z
pudełek.
Wyjął z niego najprawdziwszą różdżkę.
Podał ją ostrożnie Natalie i skinął zachęcająco głową.
- Co mam z nią zrobić? - zapytała
Natalie patrząc to na staruszkę, to na mężczyznę.
- Po prostu spróbuj coś z nią zrobić.
Machnij, jak w bajkach. - powiedziała prof. Jane.
Natalie skupiła się i teatralnie
machnęła różdżką w stronę jednego z regałów. Wszystkie pudełka pospadały, a
regał prawie się przewrócił.
- W porządku, zdarza się. - powiedział
pan Olivander, ale wyglądał na zirytowanego.
Natalie wypróbowała jeszcze siedem
różnych różdżek, za każdym razem lekko demolując sklepik. W końcu mężczyzna
podał jej przedostatnią różdżkę.
- Modrzew, 14 i 1/4", lekko giętka,
rdzeń z włosa jednorożca. Tym razem spróbuj niczego nie podpalić. - uśmiechnął
się mężczyzna.
Natalie skupiła się, jak najmocniej
umiała. Wyobraziła sobie, że chcę, żeby pióro leżące na biurku, uniosło się.
Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, zobaczyła pióro, które swobodnie lewitowało
nad biurkiem. Uśmiechnęła się i opuściła różdżkę.
- No, w takim razie, bierzemy! -
ucieszyła się pani profesor.
- To będzie dziewięć galeonów. -
powiedział pan Olivander i zaczął układać pudełka z powrotem na regale.
Pani Jane wręczyła mężczyźnie monety i
obie wyszły ze sklepu.
- Córciu, może teraz ja pójdę odebrać
twoją szatę, a potem skoczę na chwilkę do Gringotta, dobrze? Poczekaj na mnie w
tamtej kawiarni. Będę za jakąś godzinkę. - powiedziała kobieta.
- W porządku, do zobaczenia. -
odpowiedziała Natalie i ruszyła w stronę kawiarenki.
Weszła do środka. Było w niej pełno
osób. Większość z nich śmiała się i piła parujące napoje. Natalie znalazła
wolny stolik przy oknie i zamówiła gorącą czekoladę. Zdjęła kurtkę i usiadła na
krześle. W pewnej chwili, zobaczyła, że za oknem zaczął padać deszcz. W ciągu
kilku minut, w kawiarni zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno, ponieważ wszyscy
przechodnie chcieli schować się przed ulewą. W tłumie ludzi, Natalie dostrzegła
znajomą, ciemną czuprynę zmierzającą w jej stronę. Sama nie mogła uwierzyć
własnym oczom. Dean dotrzymał słowa i odnalazł ją. Kiedy dotarł do jej stolika,
uśmiechnął się.
- Cześć, co tu robisz? - zapytała
Natalie.
- Zawsze dotrzymuję obietnic. -
powiedział i usiadła przy stoliku Natalie.
- A ty przypadkiem nie powinieneś być w
Hogsmeade?
- Nie, załatwiłem sobie zwolnienie.
Kupiłaś już różdżkę? - uśmiechnął się.
- Tak, ale po kilkunastu próbach. Chcesz
zobaczyć? - powiedziała Natalie.
- No pewnie, pokazuj. - odparł Dean.
Natalie wyjęła z kieszeni różdżkę i
podała Dean'owi. Zaczął się wygłupiać, udając, że rzuca zaklęcia na
odwiedzających. Oboje wybuchnęli śmiechem. Później rozmawiali o szkole,
znajomych i innych mało znaczących tematach. Natalie miała ochotę zapytać
Dean'a o wszystkie rzeczy, które ją nurtowały, jednak nie chciała niszczyć
relacji między nimi. Natalie kończyła pić drugą czekoladę, kiedy zobaczyła
wchodzącą do kawiarni prof. Jane.
- O, widzę, że Dean zaopiekował się
tobą. To chyba mogę zostawić cię pod jego opieką? Dean odprowadzisz Natalie do
szkoły w przeciągu jakiś dwóch godzin, prawda? - puściła oczko do Natalie.
- Oczywiście, pani profesor, nie ma się
pani o co martwić. - odpowiedział, starając się zachować powagę.
- W takim razie, do zobaczenia w szkole.
- powiedziała i odeszła machając.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
Kawiarenka powoli pustoszała, ponieważ przestało już padać. Dean co jakiś czas
uśmiechał się do Natalie, aż w końcu powiedział ;
- Chcę ci coś pokazać, chodźmy. Myślę,
że ci się spodoba. - powiedział i uśmiechnął się do dziewczyny łobuzersko.
- Dobrze, w takim razie, prowadź. -
odwzajemniła jego uśmiech.
Natalie założyła kurtkę i opuściła razem
z Dean'em kawiarnię. Szli w głąb ulicy Pokątnej, aż doszli do małej kamienicy.
Dean zaprowadził dziewczynę za winkiel. Tam w kącie, stała oparta o ścianę
miotła. Nie różniła się prawie niczym od zwykłej, mugolskiej miotły. Miała
tylko dwa małe uchwyty, które wyglądały, jakby służyły do podtrzymywania nóg.
- To jest moja miotła. Chyba powinniśmy
już wracać, więc wsiadaj. - powiedział chłopak i uśmiechnął się do Natalie.
- Ty chyba żartujesz! Przecież z tego
spadniemy! - odparła Natalie kpiącym tonem.
- Jeśli będziesz się mocno trzymać,
nikomu nic się nie stanie. - roześmiał się Dean. - To jak, zostajesz tu, czy
lecisz ze mną? - zapytał.
- Chyba nie mam wyjścia, prawda?
- O to właśnie chodziło. - uśmiechnął
się łobuzersko.
Dean usiadł okrakiem na miotle. Natalie
zrobiła to samo i objęła go rękami, mocno ściskając. - Tylko nie spadnij, bo
Umbridge mnie zabije! - powiedział i odepchnął się od ziemi.
W jednej chwili szybowali ponad dachami
starych, londyńskich kamienic. Słońce powoli znikało za horyzontem. Uczucie
latania, było jednym z najcudowniejszych, jakie spotkały dotychczas Natalie.
Podziwiała piękne widoki wrzosowisk i wzgórz opierając się o plecy Dean'a. Po
jakimś czasie zobaczyła na horyzoncie zarys zamku Hogwart. Za nim się obejrzała
wylądowali na błoniach. Oboje zsiedli z miotły. Mimo, że popołudniu padało, tu
była ciepła i cicha noc.
- Odprowadzę cię do dormitorium. -
powiedział, a Natalie skinęła tylko głową na "tak". Nie mogła wysilić
się na bardziej rozwiniętą wypowiedź, bo dalej była pod wrażeniem cudownego
lotu.
Oboje ruszyli w stronę bram zamku, a po
drodze Dean opowiadał jej dokładniej o meczach Quidditcha i modelach
mioteł. Kiedy doszli już do drzwi
dormitorium, trochę niezręcznie było im się pożegnać, więc Dean rzucił tylko
"trzymaj się" w stronę blondynki i odszedł schodami na dół do lochów.
Natalie odprowadzała go wzrokiem, aż zniknął za kolumną i weszła do pustego już
dormitorium Gryffindoru.
Zaaajebiste :D Końcówka najlepsza *.* Pisz szybko następny <3 :*
OdpowiedzUsuńboże boże boże boskie *-* <3
OdpowiedzUsuńA w następnym rozdziale robisz mi niespodziankę i jest długaśny kawałek o Suzie prawda ? <3
Nie no żartuję, napiszesz co chcesz :)
Dodaj następny szybko <3 ;*