Podczas, gdy Dean opowiadał Natalie o
ich gajowym, pół-olbrzymie o imieniu Olgierd, pociąg zatrzymał się. Chłopak
pomógł Natalie ściągnąć kufer z górnej połki, przez co dziewczyna oblała się
rumieńcem. Wyszli razem z pociągu. Oczom Natalie, ukazała się piękna,
staroangielska wioska. Dookoła stało mnóstwo dzieciaków ubranych w szaty
podobne do tych Dean’a, więc Natalie czuła się odmienna pośród innych w swoich
zwykłych jeansach i swetrze. Pomiędzy uczniami, stało kilku nauczycieli,
ubranych podobnie do profesor Jane, którzy zwoływali rozbrykane dzieci w swoją
stronę.
- To jest Hogsmeade, takie małe magiczne
miasteczko. Przyjeżdżamy tu czasami w weekendy. Jest tu sporo ciekawych sklepów
i kawiarni, kiedyś na pewno się tam razem wybierzemy. – powiedział Dean i
uśmiechnął się do dziewczyny. – Powinienem już iść, chyba widzę, że profesor
Stogare, opiekun Ślizgonów zwołuje już wszystkich z mojego domu. Dalej już
chyba poradzisz sobie sama, do zobaczenia w Wielkiej Sali! – odparł chłopak i
odszedł ciągnąc za sobą swój kufer.
Natalie nie miała pewności, czy sama
sobie poradzi. Musiała odnaleźć teraz tą staruszkę, profesor Jane. Kompletnie
nie miała pomysłu, jak odnajdzie ją wśród tłumu uczniów i nauczycieli w środku
jakiejś magicznej wioski. Rozglądała się dookoła w poszukiwaniu kobiety. W
pewnej chwili, usłyszała za sobą ten znajomy, miły głos.
- O, tu jesteś córciu, chodź, Olgierd
pomoże ci z tym kufrem. – powiedziała profesor Jane z sympatią.
Zza niej wyłoniła się wielka postać,
ogromnego człowieka, który był prawie łysy, choć dosyć młody. Natalie
wywnioskowała z opowiadań Dean’a, że to na pewno był Olgierd, gajowy Hogwartu.
Przeraziły ją rozmiary mężczyzny, ale jego miła, uśmiechnięta twarz skłoniła ja
do oddania mu kufra.
- To, co, idziemy? – zapytała staruszka
i machnęła ręką w zachęcającym geście.
- Tak, pewnie. – oparła Natalie, nadal
nie mogąc nadziwić się, jak człowiek może być tak potężny.
Ruszyła za panią profesor szybkim
krokiem, chcąc trzymać się jak najdalej olbrzyma, który dotrzymywał im kroku.
Doszły do małej, leśnej polanki, na której czekało jeszcze kilka powozów, które
nie były zaprzęgnięte ani w konie, ani w inne zwierzęta. Stała przy nich grupka
uczniów, ładując się do jednego z nich. Profesor Jane usiadła w następnym i
zapraszająco poklepała miejsce obok siebie. Ku uciesze Natalie, Olgierd był
zbyt duży, żeby zmieścić się z nimi do jednego powozu, więc zajął miejsce w
innym. Dziewczyna już chciała otworzyć usta, by zapytać, w jaki sposób dojadą
powozami, które nie są w nic zaprzęgnięte, kiedy jeden z stojących przed nimi
ruszył. Najwyraźniej, to zjawisko można by dopisać do długiej listy rzeczy, o
które należałoby zapytać Dean’a. Przez całą drogę powozem, Natalie nie miała
odwagi się odezwać, jednak staruszce najwyraźniej nie przeszkadzało milczenie,
ponieważ nuciła sobie pod nosem jakąś wesołą piosenkę. W pewnej chwili, widok,
który ujrzała Natalie, zaparł jej dech w piersiach. Za ścianą lasu, ukazał się
jej oczom ogromny zamek z kilkoma wieżami. W większości okien paliły się małe
światełka. Dookoła rozciągało się jezioro i ściana lasu, z którego właśnie
wyjechali. Nieopodal jeziora znajdowały się rozległe, zielone błonie, na
których części znajdował się stadion z kilkoma wieżami obserwacyjnymi. Z
opowiadań Dean’a, Natalie uznała, że to stadion do Quidditcha. Dziewczyna nigdy
w życiu, nie widziała bardziej imponującej i pięknej budowli.
- Robi wrażenie, prawda? – zapytała pani
profesor, wysiadając z powozu.
- Ogromne, naprawdę, jest imponujący! –
odpowiedziała Natalie, nie mogąc oderwać wzroku od zamku.
- W takim razie, chodźmy do środka,
pokaże ci, jak wygląda w środku. – powiedziała i uśmiechnęła się.
Natalie poszła za profesor Jane,
podziwiając piękne krajobrazy dookoła. Chociaż robiło się już ciemno, światło
bijące z okien zamku oświetlało prawie cały dziedziniec. Do Hogwartu prowadził
długi most. Natalie przez chwilę bała się, że mógłby się zarwać pod ciężarem
Olgierda, jednak odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że zostawił jej kufer
innemu mężczyźnie (ten miał już mniejsze rozmiary) i odszedł do swojej chatki
nieopodal lasu. Ruszyła szybko za panią profesor w stronę wielkich, żelaznych
drzwi. Staruszka wyjęła zza marynarki różdżkę, jednak różniła się szczegółami
od różdżki Dean’a. Mruknęła coś pod nosem, i drzwi otworzyły się w mgnieniu
oka. Weszły do środka. Sala wejściowa była dosyć spora. Ze wszystkich stron
wychodziły rozmaite korytarze, a prawie każdy z nich kończył się schodami.
Sklepienie było bardzo wysokie, przez co po przycichłym teraz zamku rozchodziło
się głośne echo.
- Chodź, kochanie, zapraszam do na ucztę
do Wielkiej Sali. Na pewno jesteś głodna po podróży. – powiedziała prof. Jane.
Natalie nie mogła zaprzeczyć, więc
uśmiechnęła się tylko i ruszyła za nią głównym korytarzem. Po prawej stronie
znajdowały się ogromne drzwi, podobne do tych wejściowych. Staruszka w wielkim
kapeluszu powoli je otworzyła. Natalie zajrzała za drzwi, a jej oczom ukazała
się ogromna sala, pełna unoszących się w powietrzu świeczek. Na środku, stały
cztery stoły, a nad każdym z nich wisiało godło domu. Przed nimi stał jeszcze
jeden stół, zapewne nauczycieli. Po środku stołu nauczycieli, siedziała niska, krępa
kobieta. Była sporo po pięćdziesiątce. Miała ciemne, krótkie loki i była ubrana
cała na różowo. Była to zapewne dyrektor Umbridge, którą Natalie kojarzyła z
opowiadań Dean’a. Miała na szyi różowy szalik z kotem, który jak opowiadał Dean
odziedziczyła po swojej babci. Po jej prawej i lewej stronie, siedziało mnóstwo
nauczycieli, a każdy z nich coś jadł. Z resztą stoły uczniowskie, także uginały
się pod ilością pachnących potraw. Natalie głośno zaburczało w brzuchu. Pani
profesor najwyraźniej to usłyszała, bo powiedziała z uśmiechem :
- Chodź, zaprowadzę cię do któregoś ze
stołów. – powiedziała i machnęła ręką w zachęcającym geście. – To, może usiądź
sobie gdzieś tutaj. – odparła wskazując ręką na stół Gryfonów i odeszła.
Natalie zajęła miejsce na ławce, obok
dziewczyny, która wyglądała na taką w jej wieku.
- Cześć, jestem Suzie, a ty? – zapytała
dziewczyna uprzejmym głosem, kiedy Natalie tylko zdążyła usiąść.
- Jestem Natalie, miło cię poznać. –
odparła.
- Jak ci się podoba Hogwart? – zapytała
Suzie nakładając sobie porcję spaghetti.
- Jest świetny, naprawdę robi
piorunujące wrażenie! Ciekawe, ile razy się zgubię... – powiedziała Natalie i
obie wybuchły śmiechem.
- Jeśli chcesz, możemy cię oprowadzić. –
wtrącił z zawadiackim uśmiechem chłopak siedzący na przeciwko i puścił oko do
Natalie.
- To ja ją oprowadzę! – zza jego pleców
wyskoczył identyczny, najwyraźniej jego brat bliźniak.
- Nie, bo ja! Byłem pierwszy! –
rozpoczął kłótnię ten pierwszy.
Natalie i Suzie ponownie wybuchły
śmiechem, a bliźniacy dalej się przepychali.
- W takim razie, poznaj Louis'a i
Liam'a. – powiedziała Suzie z trudem opanowując śmiech. – Tam siedzi Josh,
Emma, Tom, Daniel, Rupert i Jennifer. – wskazywała kolejne osoby przy stole,
które miło uśmiechały się do Natalie lub jej machały.
Po wielkiej uczcie, Suzie, Louis i Liam
pokazali Natalie większość klas i
dormitoria wszystkich domów. Kiedy zeszli do lochów, gdzie było dormitorium
Ślizgonów, Natalie zobaczyła Dean’a, który rozmawiał z grupką innych osób.
Uśmiechnęła się do niego. On wyraźnie ją zauważył, jednak nie odwzajemnił jej
uśmiechu, tylko szepnął coś na ucho stojącej obok brunetce z długimi, kręconymi
włosami, po czym wzrok obojga spoczął na Natalie. Suzie najwyraźniej zauważyła
jej zakłopotanie, więc wszyscy wrócili do dormitorium Gryfonów.
Natalie siedziała na kanapie przed
kominkiem i zastanawiała się do jakiego domu zostanie przydzielona. Dean
opowiadał jej w pociągu, jak wygląda przydział do domów pierwszoklasistów, ale
oboje nie mieli pojęcia, jak będzie to wyglądać w przypadku Natalie. W tej
samej chwili, do dormitorium weszła profesor Jane. Kiedy Louis i Liam ją
zobaczyli, od razu przestali domalowywać różdżką wąsy jednemu z portretów,
który wyraźnie protestował i w końcu schował się ramę, pozostawiając po sobie
kawałek pustego płótna.
Podeszła do Natalie przepychając się
między tłumem pierwszaków siedzących na środku dywanu.
- Natalie, kochanie, mogłabym prosić cię
na chwilkę ze mną do gabinetu pani dyrektor? – spytała uprzejmym głosem pani
profesor, jednak w jej głosie było słychać, że jest przeciwna temu pomysłowi.
- Tak, pewnie. – opowiedziała Natalie,
podnosząc się z kanapy i żegnając się z Suzie.
Wyszły z dormitorium. Natalie podążała
za kobietą magicznymi schodami, omijając ruchomy stopień, o którym ostrzegała
ją Suzie. Doszły do drzwi na trzecim piętrze. Staruszka wyszeptała coś do
drzwi, co brzmiało trochę jak „diamentowy żwirek”. Po tych słowach, dało się
słyszeć dźwięk przeskakującego zamka w drzwiach i pani profesor z łatwością je
otworzyła. Natalie weszła za nią do środka. Ich oczom ukazał się cukierkowo
różowy pokój, po środku którego stało duże biurko, przy którym siedziała pani
dyrektor Umbridge. Na ścianach wisiały liczne obrazki i talerzyki z miauczącymi
na nich kotami. Z resztą na biurku obok kałamarza, także siedział wielki,
tłusty i puszysty kot, patrząc na Natalie spode łba. Pani profesor uśmiechnęła
się do Natalie pokrzepiająco i wyszła w gabinetu. Profesor Umbrigde jeszcze
przez chwilę coś pisała, a później podniosła głowę znad kartki i zmierzyła
wzrokiem Natalie.
- Usiądź, kochanie. – powiedziała i
wskazała na krzesło.
Natalie powoli odsunęła krzesło i
starała się zająć miejsce jak najdalej łypiącego na nią kocura.
- Powiedz mi proszę, jak ci na imię,
dziecko? – spytała wybiórczo.
- Natalie Potter, proszę pani. –
powiedziała szybko dziewczyna.
- Natalie Potter, tak? Hmm... a to
interesujące... i mówisz, że dowiedziałaś się o przyjęciu do Hogwartu, dopiero
w tym roku, tak?
- Tak, proszę pani.
- No tak, co ja plotę, przecież inaczej
nie dostałabyś się na peron 9 i ¾ ... a jak na imię twoim rodzicom? – zapytała,
coraz mniej uprzejmym głosem.
- Moja mama nazywa się Jennifer Steward,
a ojca nie znam. Mama nigdy o nim nie mówiła. – odparła Natalie, a po minie
Umbridge widać było, że cieszy się, że trafiła w słaby punkt dziewczyny.
- A czy twoi rodzice, byli może
czarodziejami?
- Mama raczej nie, a jak wspominałam nic
mi nie wiadomo o ojcu. – powiedziała Natalie starając się opanować głos przed
gniewem spowodowanym tyloma pytaniami o ojca Nat.
- Dobrze, w takim razie, usiądź tu
proszę. – powiedziała i wskazała na małe biureczko z kartką pergaminu i piórem.
Natalie wstała i posłusznie wykonała jej
polecenie. Czuła, że obserwuje każdy jej ruch. Umbridge otworzyła szafkę pod
biurkiem i wyjęła z niej zniszczoną, starą tiarę z rozerwanym rondem, po czym
włożyła ją na głowę dziewczyny. Wróciła na swoje miejsce i obserwowała. Tiara
była zbyt duża na Natalie, więc opadła jej na czoło, tak, że dziewczyna nic nie
widziała. Nagle usłyszała w swojej głowie cichutki głosik.
- Hmm... trudny wybór, naprawdę bardzo
trudny... – rozmyślał głos. – Na pewno nie Hufflepuff, ani Ravenclaw, zbyt duży
potencjał...
„Proszę, do Slytherinu, chciałabym móc
codziennie widywać się z Dean’em.” pomyślała w duchu Natalie.
- Do Slytherinu, powiadasz? – zapytała
głosik ; teraz Natalie nie wiedziała, czy słyszała go naprawdę, czy to tylko w
jej głowie. – Hmm... nie byłbym taki pewien, czy nadajesz się do Slytherinu...
większość twoich przodków, była w Gryffindorze...
- W takim razie, GRYFFINDOR! – usłyszała
Natalie, jednak tym razem była pewna, że ten głos przemówił do niej naprawdę.
boskiee *______*
OdpowiedzUsuńŚwietny czekam na następny :*
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział :D Czekam na kolejny ;)
OdpowiedzUsuń